6 / 10
Florence + The Machine
"How Big, How Blue, How Beautiful"
Release Date: 29.05.2015 via

Nie od dziś wiadomo, że nie należę do wielkich fanów projektu Florence + The Machine. Jest wręcz przeciwnie jak do tej pory unikałam Florence Welsh i spółki jak tylko mogłam, nie byłam w stanie wytrwac poprzednich dwóch albumów w całości. Skusiłam się jednak by sięgnąć po nowe wydawnictwo pt. “How Big, How Blue, How Beautiful”, gdyż single jakie dane mi było słyszeć do tej pory nie brzmiały tak złowrogo jak poprzednie utwory Brytyjczyków. Można powiedzieć, że zebrałam w sobie sporą dozę samokontroli i przeszłam przez męki, albo i nie, by zrecenzować trzeci studyjny krążek grupy. Zapraszam więc do czytania!

Wpierw pragnę odwołać się do tego co napisałam powyżej, nie jestem w stanie odnieść się jakkolwiek do poprzednich albumów – więc wszelkie porównania do starszych materiałów tutaj się nie pojawią. Jeżeli coś wydaje wam się podobne, znalazły się tutaj jakieś stałe elementy bądź coś takiego dajcie mi znać w komentarzu chętnie to sprawdzę gdy najdzie mnie ponownie odwaga. Ok mam nadzieję, że się zrozumieliśmy teraz przejdę już do rzeczy. Po pierwsze aby nieco łatwiej mi się pisało podzieliłam piosenki z płyty na trzy kategorie, te najgorsze, średnie i najlepsze. Podział jak widać nie jest wysoce skomplikowany ale w pełni skuteczny… zacznijmy więc od średnich kawałków bo wiadomo co najlepsze na koniec a o wadach też na początku się nie mówi (:

Klasa średnia, nazwijmy tą grupę tak, to niestety większość kawałków z podstawowej wersji płyty… Tak się złożyło, że słuchając na co dzień mocnych gitarowych brzmień lubię gdy piosenki nie działają na mnie usypiająco – wolę raczej by miały rytmiczny refren, czy łupały basem po uszach. W przypadku muzyki F+TM oddziałują na mnie tak zarówno melodie jak i charakterystyczny wokal Florence, bywało wiec ciężko. Podeszłam do poniższych numerów najlepiej jak umiałam i starałam się trzymać mego postanowienia, że dam radę przesłuchać całość. Gdy zaczęłam słuchać “Various Storms & Saints”, “Long & Lost” czy tytułowego “How Big, How Blue, How Beautiful” zastawiałam się jednak czy nie przerwać mej męczarni. Wszystkie piosenki mają coś w sobie a i owszem, są dobre technicznie i mają dobry tekst, momentami naprawdę mało irytujący wokal, ale ostateczni wynik zawsze był taki, że gdzieś w połowie kończyłam w stanie ‘pół zombie’. Przy “Caught” odzyskałam nadzieję piosenka po minucie zyskuje jakiegoś żywego ducha. Szkoda jedynie, że nie jest taka od samego początku. Fakt, że kawałki nie trafiły do mnie nie jest jednak ich wadą – być może dla innych będą genialne.

Teraz pod lupę pójdą największe wady krążka, czyli “Queen of Peace” i “St Jude”. Widząc jakie utwory się już pojawiły i jakich brakuje, domyślacie się pewnie, że “St Jude” to jedyny singiel jaki kompletnie do mnie trafił. Niesamowicie kojarzy mi się z innymi, starszymi singlami grupy, których unikam od kilku lat. I jeszcze ten najbardziej irytujący moment czyli ‘St Jude’ powtarzany niemal w kółko… dla mnie zdecydowane nie. W przypadku “Queen of Peace” mało brakło by utwór nie znalazł się w akapicie wyżej, po dwukrotnym przesłuchaniu zaczęłam się nad tym zastanawiać czy podobnie jak powyższe nie jest po prostu nudny a nie taki znowu najgorszy…

A najlepsze zostało na koniec, single “Ship to Wreck”, “Delilah” i “What Kind of Man” a także “Mother”. Pierwsze trzy to zdecydowanie dobry wybór by promować album, wszystkie są w pewien sposób żywe, wpadają w ucho i zostają w głowie. W końcu zachęciły mnie bym sprawdziła całą płytę, na moim przykładzie potwierdzono ich skuteczność. Ostatni utwór z płyty czyli “Mother” to już inna bajka, być może nie sprzedałby się tak dobrze jako kawałek promujący krążek ale zdecydowanie jest na plus. Jest to jedna z najdłuższych piosenek na płycie, jak i nie najdłuższa ale melodia, ciekawe muzyczne wstawki i brak irytującego wokalu sprawiły, że piosenka zasługuje na tytuł w najlepszej czwórce.

I na koniec, dopadłam wersję deluxe w związku z czym warto też wspomnieć, że dwa z lepszych kawałków z płyty to te, które nie załapały się na wersję podstawową. Szkoda… jeżeli ktoś nie miał szansy usłyszeć utworów “Hiding” i “Make Up Your Mind” polecam ich poszukać w sieci, na Spotify czy portalu Youtube i sprawdzić bo warto. Pierwszy z nich jest naprawdę dobry, wpadający w ucho i co najważniejsze nie usypia mnie (refren jest na tyle żywy!), co w przypadku tego albumu ciężko było osiągnąć. Tekst być może z głębszym przekazem jest dość banalny, ale takie mamy (klimat) czasy. Druga piosenka gdyby była na podstawowej wersji trafiłaby do tych średnich, niby w porządku ale jednak czegoś tutaj brakuje. Być może wymaga ona po prostu więcej podejść, a to jestem w stanie jej zapewnić. Średnia jest właśnie dlatego, że nie trafi na listę zakazanych piosenek Florence + The Machine… Edycja rozszerzona dodatkowo zawiera także, trzy dema ale o nich nie będę się rozpisywać.

Wynik ostateczny z klasy średniej i najlepszych piosenek sprawia, że zapomnę o tych najgorszych i z czystym sumieniem przyznam płycie 6/10 – przy mojej całkiem niedawnej ‘nienawiści’ do brytyjskiej grupy ten wynik można ogłosić wielkim sukcesem. Myślę, że fani zespołu tak czy siak znajdą na wydawnictwie kawałki dla siebie a płyta dla nich będzie jak najbardziej udana.

Ps. Nie mogę się doczekać, mojego pierwszego starcia z F+TM na żywo -> do zobaczenia na festiwalu Sziget!

Comments