Three Days Grace w Europie – Praga i Łódź! [RELACJA]
2025 November 28 | Sylwia SaramaKiedy pod koniec ubiegłego roku gruchnęła informacja o powrocie Adama Gontier’a w szeregi Three Days Grace wielu przecierało oczy ze zdumienia. My również (chociaż bardziej z radości)… Tym bardziej, że w zamian za jednego frontman’a grupa zdecydowała się na duet reprezentujący pełną historię formacji. Okazuje się jedna, że Matt i Adam w tej współdzielonej roli sprawdzają się znakomicie nie tylko na nowym krążku “Alienation” wydanym w sierpniu, ale również na scenie. I to właśnie opinią na temat ich wspólnych występów chcielibyśmy się z wami podzielić. Zapraszamy do przeczytania relacji złożonej z przemyśleń zebranych w Forum Karlín w Pradze 15-ego listopada i w łódzkiej Atlas Arenie dziesięć dni później.
O Kolejkach i klimacie…
Oczekiwanie na europejski odłam trasy Three Days Grace to były naprawdę długie miesiące przepełnione słuchaniem starych i bieżących hitów formacji. Potem do tego równania doszedł jeszcze nowy już współdzielony na froncie album, o którym można by się rozwodzić przez dobrych kilka linijek. Generalnie przychylam się w stronę pochlebnych opinii względem tego wydawnictwa i na tym pozostańmy. Przejdźmy natomiast do wyczekanego 15-ego listopada i drugiego koncertu zespołu w czasie tej trasy. Lądujemy w Pradze, a gości nas nie małe Forum Karlín. A przynajmniej próbuje gościć, bo wejście do środka nie było wcale tak proste jak mogłoby się wydawać. Zaznaczm, iż nie należę do osób, które ‘kolejkują’ na koncerty (praca w korpo nie pozwala na takie rozrywki), ale zawsze jestem na miejscu przed czasem. Organizator co prawda rozesłał w tym wypadku informację, o tym że spodziewają się obłożenia i dla własnego komfortu lepiej jest pojawić się wcześniej. Nie miał jednak wpływu na pogodę tego wieczoru, a ta nie okazała się zbyt przychylna. Także półtora godziny w okropnym zimnie i mającej co najmniej 500 metrów długości kolejce (od wejścia po bramy najbliższej stacji metra) nie było najlepszą rozrywką. Dodam tylko, że Łódź wypadła w tej kwestii znacznie lepiej pomimo śnieżycy i deszczu. Tutaj jednak warto wziąć pod uwagę fakt, że tłum rozdzielił się na trzy różne wejścia (GA, GC i trybuny jak dobrze liczę). Tymczasem klub w stolicy Czech po prostu nie ma takiej opcji – mamy jedno wejście i koniec. Czego się jednak nie robi by zobaczyć na żywo swoich idoli – prawda? … W obu wypadkach w środku znaleźliśmy się na czas – więc uznajmy ten przydługi wstęp za narzekanie na ciężki los mieszkania w klimacie umiarkowanym.
Badflower
Supportem w czasie całego tournée Kanadyjczyków zajęła się pochodząca ze Stanów Zjednoczonych grupa Badflower. W moim przedkoncertowym przeświadczeniu jest to dość znana formacja – okazuje się jednak, że nie do końca wśród słuchaczy Three Days Grace. Owszem na polu artystycznym są to dwa średnio kompatybilne ze sobą rodzaje muzyki mimo wszystko szkoda, że kapela dostała dość mizerny odzew. I to zarówno wśród Czechów jak i Polaków. Nie pomógł charyzmatyczny wokalista, który widać naprawdę się wczuwa w rolę (powinien zostać gimnastykiem). Nie pomogły żarty z nieznajomości angielskiego (w Czechach) i wokalnej niedyspozycji, ani nawet najbardziej znane kawałki czyli “Don’t Hate Me”, “Ghost” albo “30”. Dziesięć utworów, ponad 40 minut setu po za tym wypadło naprawdę bez zarzutu – także wokalnie mimo ostrzeżeń. Z uwagi na to, że mam w zwyczaju zawsze mieć jakieś “ale” to tym razem wspomnę o braku numerów “Family”, “Promise Me” i “Teacher Has A Gun” w secie. Chociaż ten trzeci numer mógłby zostać potraktowany jako lekko kontrowersyjny wybór, to jest to najbardziej chwytliwy kawałek z wymienionych. Oczywiście przy okazji bardzo dobrze obrazuje Amerykańskie podejście do broni… Co prawda brak mojego ulubionego kawałka zespołu na koncercie nie powinien mnie dziwić, jednak pozostawia pewien niedosyt. W łodzi znalazł się również inny minus, a mianowicie nagłośnienie w strefie GC. W przedniej części hali momentami jedyne co było słyszalne to bas zagłuszający całą resztę. Szkoda, aczkolwiek spodziewam się, że dalsze sektory i strefy nie miały tego problemu.
Three Days Grace
Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości to uprzedzam fakty, nie to nie był mój pierwszy koncert Three Days Grace. Dla wielu z was zapewne również, ponieważ kanadyjska ekipa wielokrotnie występowała już w Europie, także w Polsce. Zdarzało mi się już nawet zrelacjonować występ zespołu i Matt’a dekadę wcześniej. Nigdy jednak nie miałam okazji zobaczyć zespołu w niemal jego ‘pierwotnej’ formie. Na co też jak na zawiedzioną nastolatkę przystało narzekałam w tamtej mocno chaotycznej i nie do końca pochlebnej relacji. Lata później mam już nieco inne podejście, ni mniej jednak w głowie bardzo wysoko postawiłam poprzeczkę dla tego koncertu(-ów). I tak już praktycznie po pierwszych brzmieniach “Dominate” w Pradze wiedziałam, że moje oczekiwania znalazły się na właściwym poziomie. Ów piosenka, która na płycie wydawała się być średnia w stosunku do reszty na żywo z pewnością zyskuje. Nabiera dodatkowej energii i finalnie wypada wręcz znakomicie. Czego nie powiedziałabym kilka utworów dalej gdy przychodzi czas “Mayday”. Tutaj mamy efekt odwrotny, akurat ten utwór w moim odczuciu sporo traci w stosunku do wersji studyjnej. Wśród nowych kawałków nagranych już z myślą o dwóch wokalistach ciekawie wypada również “I Don’t Wanna Go Home Tonight” gdzie gościnnie swoją rolę w show do odegrania ma również Cole Gontier. Pół-akustyczna wersja tego kawałka zmusza do machania ręką, ale daje też chwilę wytchnienia pod koniec setu. Tak jak idący z w parze z “IDGHT” cover “Creep” (Radiohead). Ale czy owy cover był konieczny? Chyba nie. – Owszem to miły dodatek, ale osobiście wolałabym usłyszeć chociażby “Last To Know” w takim wydaniu. Z kolei abstrahując od personalnych wyborów, nie rozumiem też dlaczego zespół mający tak ogromny repertuar hitów zdecydował się na zapychacz w setliście. W tym czasie swój moment mógł dostać Matt. Utwory nagrane z nim w roli głównej w ciągu tej trasy można było policzyć na palcach jednej ręki. Rozumiem ogólny zamysł ogrania tournée na powrocie Adama i nastawienie na zarobek. – W końcu wszyscy wykonujemy jakąś pracę właśnie po to. Ale ten jeden dwa dodatkowe utwory z materiału kogoś kto utrzymał kapelę na powierzchni przez ponad dekadę byłyby jak najbardziej na miejscu.
Wracając jeszcze na moment do “Alienation” to mogliśmy usłyszeć jeszcze “Kill Me Fast” i “Apologies”. Kolejne dwa single, które tym razem ze sceny brzmią znakomicie. W tym wypadku obyło się bez wlotów czy upadków. Wszystko na równi z wersją studyjną. Mam nadzieję, że w ramach oficjalnej trasy promującej ten materiał w przyszłym roku dojdzie do lekkiego przetasowania kawałków. W kolejce czekają jeszcze świetne “The Power”, “Another Relapse” oraz “In Cold Blood”. Niestety jak wiemy w sety nie da się upchnąć wszystkiego. Dlatego po za nowościami uczestnicy wydarzeń w ramach tej trasy usłyszeli też prawdziwą gamę znanych i lubianych numerów. Począwszy od debiutu z “Home” i “I Hate Everything About You”, kończywszy na “So Called Life” z albumu poprzedzającego tegoroczne wydanie (przyp. “Explosions”, 2022). Żeby uniknąć rozpływania się nad wszystkimi kawałkami wymienię trzy, które moim zdaniem skradły to show – “Time of Dying”, “I Am Machine” i “The Good Life”. Pierwsza nuta zdecydowanie jest jednym z moich ulubionych utworów ogółem jeżeli chodzi o Three Days Grace. Ale wykonanie na 200% normy wyniosło ją ponad resztę “non-skips” z “One-X”. Drugi z utworów był wyborem pomiędzy ultra-energetycznymi kawałkami z wydawnictwa “Life Starts Now”. Mimo iż finalnie przed szereg wyszło “The Good Life” to “Break” wcale nie wypadło gorzej. No i trzeci kawałek, “I Am Machine”, które w moim osobistym mniemaniu stało się symbolem nowej ery dla kapeli. Numer pierwotnie nagrany i wypuszczony niedługo po wymianie na froncie. Teraz odegrany w pełnej synchronizacji na najlepszym możliwym poziomie – prawdziwa magia.
“Eat, sleep, go to the show, repeat” …
Ostatnie przemyślenie jakie mam odnośnie tego występu to jego powtarzalność. Dlatego na początku podkreśliłam, że znalazłam się na dwóch koncertach w ramach tej trasy. Cały set Kanadyjczyków był ustawiony i opracowany do najdrobniejszych szczegółów (niestety to coraz częstsza praktyka). Te same utwory w każdym mieście, ok wszyscy jesteśmy traktowani na równi. Ale już te same słowa do publiczności budzą moje lekkie zniesmaczenie. Te pochlebne do zgromadzonych typu “jesteście super” itd. zawsze są swoją własną kopią w różnej formie. Tutaj nie dość, że ta forma była co wieczór taka sama to poszliśmy o krok dalej i inne wstawki też się powtarzały. Doszło do tak kuriozalnych wypowiedzi, jak Adam wspominający, że cudownie jest znowu grać w Polsce. Oczywiście w odniesieniu do zespołu ma to jak najbardziej sens, grali tutaj wedle moich ustaleń siedmiokrotnie. Natomiast sam Gontier w Polsce nigdy wcześniej nie występował, ani z TDG, ani z Saint Asonia (odwołane dwa wydarzenia). Finalnie gdy ktoś śledzi muzyczny ogródek mógł mieć lekkie zdziwienie na twarzy. No chyba, że to tylko ja 😉
Podsumowanie
Idealny koncert Three Days Grace w tym układzie bez wątpienia trwałby znacznie dłużej niż wydarzenia z ostatniej trasy Taylor Swift (a tfu!), a repertuar zawierałby pełną różnorodność. W przypadku kapeli z takim zapasem chwytliwych i pełnych emocji utworów, moglibyśmy mieć epizody niestabilności emocjonalnej przejkusąc ze szczęścia do przytłaczającego smutku. By finalnie wyjść z hali zadowleni jak nigdy wcześniej. I właśnie tym były te koncerty z tym, że na mniejszą skalę. Czy było idealnie? Nie, czy mam z tym problem też nie. Już planuje kolejne wyjazdy na TDG, a co ważniejsze zyskałam również ogromną sympatię to kolejnej kapeli – Badflower. Z czystym sumieniem polecam oba zespoły każdemu kto preferuje muzykę w wersji na żywo.
Ps. Na naszym TikToku i Instagramie znajdziecie fragmenty obu koncertów – w formie krótkich nagrań tzw. kalkulatorem. Kiedyś już prowadziliśmy dyskusję na ten temat, a nasze wnioski nie uległy zmianie. Symboliczna pamiątka i przednia zabawa jest lepsza niż bycie drewniakiem z telefonem w tłumie. Ale kto co lubi 😉
Photo Credit: Sanjay Parikh











