Summer Punch Festival 2026 – Three Days Grace, Alexisonfire, Palaye Royale [RELACJA]

2026 June 30 | Sylwia Sarama


W tym roku po raz pierwszy mieliśmy okazję uczestniczyć w rodzimym Summer Punch Festival. I nie byliśmy to tylko my lecz wszyscy, gdyż była to pierwsza edycja tego wydarzenia odbywającego się na tyłach Progresji w Warszawie. Inicjatywa Winiary Bookings mająca otworzyć polski rynek na dość specyficzną grupę odbiorców wybierających ciężkie granie z melodyjną domieszką zaprezentowała nam zupełnie nowy koncertowy świat z ogromnym potencjałem. Zapraszamy do przeczytania naszej ralacji z drugiego dnia tej imprezy (19 czerwca).

Zanim jednak przejdziemy do omawiania koncertów skupmy się na organizacyjnej stronie wydarzenia. Ze względu na nasze przepisy regulujące imprezy masowe festiwal miał wydzieloną strefę gastronomiczną. Co prawda nie jest to powszechna praktyka po za Polską, ale jest to punkt na plus bo nie taplamy się pod sceną w alkoholu. Problemem w ramach tej strefy była woda, a dokładniej jej butelkowany odpowiednik. Ponieważ przed wejściem do gastro można było załapać się na butelkę, to późniejsze wejście i wyjście z rzeczonej strefy stawało się elementem nie do przejścia. W końcu jedzenie i napoje mają pozostać w wyznaczonym miejscu, a więc i ta woda w butelce. Takie lekkie acz zaskakujące niedopatrzenie.

Druga sprawa do poprawy to tzw. Time Table. Zapewne w ścisłym mieście nie można pozwolić sobie na całonocne granie, nie ma też sensu otwierać terenu z samego rana skoro nikt nie spał na miejscu (o tym zaraz). Ale czas jaki zaproponowano uczestnikom wydarzenia mocno ograniczał ich szanse na zobaczenie wybranych wykonawców bez dodatkowych poświęceń. Skoro proponujemy tylko dwie sceny i to stosunkowo blisko siebie to pięć minut przerwy pomiędzy występami znacznie poprawiłoby płynność koncertowego tłumu. A tak trzeba było decydować co jest ważniejsze, efektem czego np. koncert Show Me The Body świecił pustkami.

Wracając jeszcze do nocowania po za terenem wydarzenia, lokalizacja w wciąż prężnie rozwijającej się części Warszawy ma swoje plusy – łatwość dojazdu komunikacją, sklepy na zabicie czasu i pół żartem pół serio sztywne towarzystwo (obok jest cmentarz jak coś). Są też minusy, gruz budowlany na ścieżkach i gorsze… brak miejsca na rozwój. Jeżeli faktycznie koncept się u nas przyjmie, a brakuje tutaj takich wydarzeń i wszystkiego na to wskazuje. To ta lokalizacja wcześniej czy później będzie musiała się zmienić. Festiwalowy klimat robi w połowie ciągła obecność na miejscu i koncerty do późnych godzin nocnych. Co za tym idzie przydałoby się pole namiotowe i większa odległość od budynków mieszkalnych. Do tego większe zaplecze sanitarne i gastronomiczne z szerszą ofertą, bo im więcej ludzi tym większe potrzeby (już teraz niektórych ratowała bliskość Fortu Wola). Diabelski Młyn czyli standard festiwali można sobie odpuścić, ale stref partnerów też pewnie przybędzie, a finalnie tego miejsca nie wydawało się być aż tak dużo. Czas pokaże co czeka nas w przyszłości, jednak na moment pisania tej relacji wiemy już, że wydarzenie powróci za rok i potrwa o dzień dłużej (17-19.06.2027).

Główna scena Summer Punch Festival 2026

Przejdźmy zatem do koncertów, których w piątek na łąkach za Progresją odbyło się łącznie dwanaście. Pierwszym występem otwierającym ten dzień był koncert Zero 9:36 na mniejszym Punch Stage. Rapujący Amerykanin w rytm rockowych melodii, nam znany przede wszystkim z kolaboracji z We Came As Romans (“Daggers”) sprawdził się w roli otwierającego scenę. Nie był to jednak na tyle porywający występ by chcielibyśmy go powtórzyć, o tak to nazwijmy. Podobnie było też ze wspominanym już wcześniej Show Me The Body. Tutaj koncert chodź technicznie poprawny i spójny tak po prostu niestety nie chwycił publiki za serca. Idąc dalej, w otwarcie Summer Stage i występ Dead By April, w którym pokładaliśmy bardzo duże nadzieje. Niestety Szwedzi, którzy absolutnie nie mają szczęścia do stałych wokalistów dali średnio satysfakcjonujący koncert. Muzycznie było super, znane i chwytliwe melodie, scream jak najbardziej ok, jednak wokalnie Pontus nie będzie naszym ulubieńcem… (jesteśmy wiekowi i pamiętamy czasy “Loosing You” ze Strimell’em za mikrofonem). Mimo wszystko z trzech wymienionych kapel stawiamy właśnie na reprezentantów Skandynawii.

Przyzwoitymi występami na Summer Punch Festival pochwalić mogą się również dwie formacje z (częściowo) damskim wokalami czyli Wargasm i Yonaka. Pierwsza z brytyjskich grup, a dokładniej charyzmatyczny duet znany już jest na Polskiej ziemi i dało się to odczuć w zgromadzonym tłumie. Z Londynu mają z resztą na tyle blisko, że dosłownie za dwa miesiące zobaczymy ich ponownie… Nam jednak pomimo wielu prób ich muzyka po prostu nie leży, oddajemy im jednak, że energią sceniczną zawsze wywierają wrażenie. Nieco większą niewiadomą był występ drugiej kapeli z wysp… Szybko okazało się jednak, że charakterystyczne zawodzenie wokalistki zespołu Yonaka również nie trafia w nasze gusta. Trochę zmęczeni tymi setami z przyjemnością udaliśmy się z powrotem na Punch Stage gdzie na scenie pojawili się muzycy z Smash Into Pieces. Kolejna szwedzka kapela w dzisiejszym zestawieniu z charakterystycznym perkusistą (a raczej maską muzyka) dała prawdziwy popis swoich umiejętności. Na otwarcie show usłyszeliśmy “Man or Machine” z ubiegłorocznego albumu “Armaheaven” i w dalszej części koncertu jeszcze kilka razy zespół sięgnął po ten właśnie materiał. Wśród utworów na setliście nie brakło jednak jeszcze nowszego singla czyli “Hollow”.

Z połączenia Men With A Mission i Touché Amoré w jednym zdaniu nic nie wyjdzie. Niezależnie od tego jakby się upierać to są to dwa kompletnie różne muzyczne światy i to jest właśnie prawdziwy urok festiwali. Japończycy z Men With A Mission w równie charakterystycznych maskach co perkusista Smash Into Pieces to rock’owy fenomen. Bez znaczenia jest to czy do kogoś trafiają grające na instrumentach wilki czy też nie, ostatecznie nie można im odmówić umiejętości jakie posiadają. Dowodzą tego liczne wydawnictwa na ich koncie, chociaż ostatnie “Break and Cross the Walls pt. II” ukazało się na samym początku tej dekady. Koncert w Warszawie także stał się dowodem na to, że członkowie tego zespołu wiedzą co robią i potrafią przy tym porwać zgromadzoną publiczność. Touché Amoré jest kompletnym muzycznym przeciwieństwem tego co gra grupa z kraju kwitnącej wiśni, ale technicznie są dla nas zdecydowanie lepszym zespołem. “Chaos” w głowie jaki wprowadzają swoim podejściem do melodic hardcore przekształca się w energetyzującą falę przechodzącą przez słuchaczy. I właśnie to spotkało nas w stolicy. Czy było to przy “Flowers and You”, “Rapture” czy też przy “Come Heroine” nie miało już większego znaczenia.

Jednym z większych odkryć dla polskiej publiczności był występ Brytyjczyków z Don Broco. Chociaż ich najnowszy materiał “Nightmare Tripping” naszym zdaniem absolutnie nie ma podjazdu do wydanego w 2012 “Priorities” to przyznajemy, że koncerty dają fantastyczne. Góruje przede wszystkim energetyczność utworów w wersji live oraz ich pełne oddanie w kontakcie z publiką. Set niestety nie sięga do wspominanego debiutu, dlatego “Everybody” zostaje naszym faworytem tego występu. Inną grupą, która daje równie porywające i chwytliwe koncerty jest Palaye Royale. Trio, które w Polsce pojawia się w ostatnich latach regularnie nadal zaskakuje swoją energią sceniczną tych, którzy jeszcze nie mieli okazji ich zobaczyć. Z tego stosunkowo szybkiego setu, najlepiej wspominamy “Addicted to the Wicked & Twisted” i oczywiście “Lonely”, które zaserwowało grupie okno na świat.

Na koniec została nam dawka nostalgii z Alexisonfire i tegorocznym headlinerem numer dwa czyli Three Days Grace. Ci z nas, którzy swój gust muzyczny kształtowali na początku pierwszej dekady tego stulecia z obu setów z pewnością wychodzili usatysfakcjonowani. Alexisonfire, grupa na koncert której przyszło nam czekać w Polsce ponad dwadzieścia lat dla nas okazała się być czarnym koniem całego wydarzenia. Kanadyjczycy wystąpili z setem sięgającym po cały przekrój ich dyskografii i pokazali prawdziwą radość z grania tych kawałków. “Sans Soleil” w kategorii nowszych utworów wywarło najlepsze wrażenie, ale klasyk “Young Cardinals” był idealnym zwieńczeniem całości i wszystkich tych lat oczekiwania na tę okazję.

Three Days Grace bardziej znani w kręgach ludzi nie sięgających po post-hardcore zaskoczyli nas nieco mniej. Właściwie nie zaskoczyli nas wcale. Wszytko dlatego, że kombinację Adam + Matt komentowaliśmy już po listopadowym koncercie w Łodzi i ona nadal się sprawdza. Niestety po za tym, że set został skrócony niewiele się te występy różniły – chyba, że brać pod uwagę liczebność publiki. Mieliśmy jednak cichą nadzieję, że dobór utworów sięgnie bardziej do najnowszego albumu “Alienation”. Oczywiście zrozumiałe jest to, że stało się odwrotnie. Godzinny set pomieścił najbardziej znane klasyki “Riot”, “I Hate Everything About You” czy “Painkiller”. A zeszłoroczne wydawnictwo reprezentował jedynie “Mayday” i wstęp do koncertu z “Dominate”. Ponieważ tutaj możemy sami decydować, co pojawi się w tekście, poniżej zostawiamy wam niedoceniane “In Waves”. Aczkolwiek set TDG nadal uważamy za jeden z lepszych punktów tego dnia.

Przechodząc już do podsumowania, Summer Punch Festival to wydarzenie z ogromnym potencjałem na rodzimym rynku festiwalowym. I chociaż wypadłoby postawić tutaj pytanie, czy jest w Polsce wystarczajaco dużo ludzi wybierających niszowe, ciężko brzmiące acz melodyjne gatunki jako swój “guilty pleasure” to jesteśmy pozytywnie nastawieni. Pierwsza edycja wydarzenia postawiła poprzeczkę bardzo wysoko i jednocześnie otworzyła przed organizatorami szeroko bramy do kolejnych sukcesów. O tym czy podejmą rękawice i czy kolejna odsłona festiwalu będzie jeszcze lepsza od poprzedniej przekonamy się już w czerwcu przyszłego roku.

Komentarze: