Recenzja: Underoath – “The Place After This One”.
2025 March 26 | Sylwia SaramaAlbum “The Place After This One” to kolejny, dziesiąty już longplay autorstwa amerykańskiej grupy Underoath. Krążek do dystrybucji trafi już 28-ego marca za pośrednictwem wytwórni MNRK Heavy. Longplay składa się z dwunastu premierowych utworów, z czego cztery kawałki tj. “Generation No Surrender”, “Suvivors Guilt”, “Teeth” oraz “All The Love Is Gone” słuchacze mieli okazję poznać jeszcze przed premierą.
Już wraz z utworem “Generation No Surrender” otwierającym ten album dowiadujemy się, że nie będzie ona łatwa do zaszufladkowania. Grupa wybiła się na wyżyny swoich umiejętności w łączeniu różnorakich styli i mieszania gatunków muzycznych. Jednocześnie sięgając po eksperymentalne elektroniczne wstawki. Było to z resztą słychać również w publikowanych w ostatnich tygodniach singlach. “Teeth” jest chyba najlepszym przykładem totalnego muzycznego zamieszania, które jednocześnie z czasem bardzo zyskuje u słuchacza. Utwór, który początkowo wydawał się być po prostu totalnie przestrzelony. A do tego dziwny bo momentami wolniejszy, tylko po to by zaraz ze zdwojoną siłą wbić mocniejszą ‘szpilę’. Ostatecznie zamienił się w jeden z najlepszych elementów całego krążka. Podobnie jak i kolejne single “Suvivors Guilt” i “All The Love Is Gone”. Jednak najlepszy kawałek tego materiału kryje się pod numerem trzy i to właśnie “Loss” sprawia, że warto sięgnąć po ten album.
Numer zapewnia odpowiednią ilość charakterystycznego krzyku Spencera Chamberlain’a przemieszanego z bardzo chwytliwymi wersami refrenu. Czy jest to utwór, z kompozycją najwyższych lotów? Pewnie nie, ale z pewnością wybija się na tle tej płyty. „And Then There Was Nothing” też miało ogromny, niestety nie wykorzystany w pełni potencjał. Jest to jeden z mocniejszych, a zarazem najkrótszych kawałków tego wydawnictwa. W którym uświadczymy najmniej wstawek i elektronicznych modyfikacji. To jest odpowiedni moment do tego by przyznać, że jeżeli ktoś zraził się po nietypowych singlach to może mieć problem z oswojeniem się z tym krążkiem. Bo takiego typowego brzmienia Underoath, które znaliśmy wcześniej mamy naprawdę nie wiele. Ostatnim elementem z pewnością przykuwającym pozytywną uwagę słuchaczy będzie kawałek „Vultures” z gościnnym udziałem Troy’a Sanders’a z grupy Mastodon. To połączenie brutalności i melodyjności stanowi jeden z najbardziej intrygujących momentów albumu.
Zmierzając ku gorszej odsłonie tego wydawnictwa, nie musimy szukać zbyt daleko, „Devil” jest pierwszą poważną ofiarą elektroniki na tym albumie. Wokale w każdym momencie tego dość długiego utworu zostały w jakiś sposób zmodyfikowane. Raz są przytłumione i wpadają ‘w tło’ melodii, by chwilę później znów wybić się na przód ale już z efektem podwójnego echa. Melodia i instrumenty nie ratują tego kawałka, więc jest to w mojej opinii numer do przeskoczenia. “Shame” to kolejny utwór udowadniający, że kapela ma pomysł na niezły miks dźwięków… ale nie zawsze w dobrą stronę. Mocniejsze elementy tego utworu wypadają naprawdę nie najgorzej, ale kompletnie nie zgrywają się z czystymi wokalami i dźwiękiem “podkręconych bongosów”. Ostrzegamy ten dźwięk może was potem prześladować.
Żeby nie zakończyć całkiem negatywie to pozostałe numery tj. “Cannibal”, “Outsider” I “Spinning in Place” są po prostu ok. Nie wyróżniają się szczególnie, co w przypadku tego krążka może być cechą na plus. Jednak nie mają w sobie też niczego co przyciągnęłoby uwagę słuchacza na dłuższy moment. Przynajmniej nie przy pierwszym odsłuchu.
Najlepsze:
“Loss”, “Vultures”, “Teeth”, “And Then There Was Nothing”
Najgorsze:
“Shame”, “Devil”
Podsumowując, “The Place After This One” to wydawnictwo, które wymaga od słuchacza pełnej uwagi i sporej dawki cierpliwości. Materiał jest nietypowym zbiorem utworów jednak z biegiem czasu z pewnością zyska w oczach słuchaczy, którzy będą gotowi na odkrycie nowego wymiaru muzyki Underoath.
4.2/5










