"House Of Cards"
The Amity Affliction
Premiera: 24.04.2026
Wytwórnia: Pure Noise Records
Ilość utworów: 12

The Amity Affliction – “House Of Cards” [RECENZJA]

2026 April 23 | Sylwia B


Australijczycy z The Amity Affliction w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy przechodzili najbardziej burzliwy wręcz destrukcyjny etap swojej kariery. Formacja po zmianach personalnych (“odejście” współzałożyciela Ahrena Stringera), upublicznionych konfliktach i związanych z nimi zawirowaniami finalnie powraca jednak z nowym wokalistą (Jonathan Reeves) i materiałem. Efekty ich pracy w nowym składzie mamy poznać wraz z premierą dziewiątego wydawnictwa zespołu zatytułowanego “House Of Cards”. Album ten oficjalnie ma ukazać się już w ten piątek 24 kwietnia, my jednak już teraz przedstawiamy wam naszą recenzję tego krążka.

The Amity Affliction – House Of Cards

Pierwsza cząstka tego wydawnictwa wprowadza zainteresowanie słuchacza w tytułowe “nowe życie” zespołu wraz z utworem “Vida Nueva”. Intro narzuca mroczny acz interesujący klimat i płynnie przechodzi do numeru “Kickboxer”. Ten kawałek w całości został wykonany przez Joel’a Birch’a i brzmi jak jeden wielki upust gniewu w akompaniamencie równie brutalnej gry na perkusji. Rytm narzucony przez ten całkiem przyzwoity numer łamie jednak tytułowe “House of Cards” gdzie po raz pierwszy mamy okazję wyłapać uchem partie Reeves’a. Doświadczony już frontman (przyp. red. to także członek zespołu Kingdom of Giants) brzmi jak najbardziej poprawnie, ale jednoczenie odstaje względem reszty utworu. Można powiedzieć, że słuchając tej nuty ma się wrażenie, że została ona zlepiona z dwóch różnych piosenek. Do tego utrzymanych w kompletnie innych gatunkach. I ta dziwna tendencja powtarza się już potem na całej reszcie tego materiału.

Singiel “Heaven Sent” tak jak i jego poprzednika można określić jako poprawny kawałek, ale nie ma w nim niestety nic spektakularnego. Idąc o krok dalej refren tego numeru jest tak irytująco powtarzalny, że zapętlenie go mogłoby stanowić swego rodzaju tortury. W kategorii średnich, generycznych i nie specjalnie wybijających się utworów należy umieścić także “Swan Dive” oraz “Afterlife”. Na ratunek słuchaczom tego krążka przychodzą numery “Break These Chains”, “Speaking in Tongues” i zamykające płytę “Eternal War”. Pierwsze dwie piosenki to te, które moim zdaniem całkiem nieźle łączą mroczne wokale Birch’a i czyste partie Reeves’a. Do tego są bardzo melodyjne dzięki czemu wpadają w ucho. Natomiast “Eternal War” to drugi numer z tej płyty w całości tylko z growlem. Ponownie jest to treść pełna brutalności w wokalach opartych na intensywnych pełnych mocy brzmieniach z hardcore’owym twistem.

Rozważmy jeszcze, “Bleed” bo chyba miało być próbą zapożyczenia schematu utartego przez pewną znaną kapelę z UK. Kawałek można określić jako próbę wprowadzenia elementu odróżniającego się na tle twórczości zespołu. Jako singiel to się nawet udało, można było powiedzieć, że grupa wydała coś dla siebie nietypowego. Ale po zestawieniu piosenki z całością płyty to wrażenie ginie przytłoczone podobieństwami do reszty numerów na “House Of Cards”. Na deser – “Beso De La Muerte”, komputerowo wygenerowany przerywnik, którego braku nikt by nie zauważył.

Podsumowując nowe The Amity Affliction to materiał, który wydaje się być stworzony tylko po to by zaistnieć w eterze i tym samym zaznaczyć swoją dalszą obecność. Niestety krążek nie należy do najbardziej porywających, a jego największą wadą zdaje się być powtarzalność schematów. Znajdziemy na nim bardzo dużo średnich wokalnych momentów jak i oklepanych melodyjnych rozwiązań. I chociaż growl nie odbiega jakością, a teksty dalej trzymają depresyjny klimat znany z poprzednich wydawnictw to po prostu wieje tutaj nudą. 3/5

Komentarze: