A Day To Remember kameralnie w poznańskim klubie B17. [RELACJA]
2026 June 26 | Sylwia SaramaKiedyś koncert grupy A Day To Remember był jednym z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń w naszym kraju, dziś formacja zagląda do nas regularnie. W ubiegłym roku zagrali dwa koncerty w Warszawie i Wrocławiu, wcześniej supportowali Bring Me The Horizon, a tym razem odwiedzili Polskę występując w poznańskim klubie B17. Niefortunnie przypadający na przeładowany czerwiec występ od początku nie zapowiadał się na wielkoskalowy sukces. Amerykanie, którzy przyjechali do Europy z myślą głównie o festiwalach (również RFP, o którym również mamy coś do powiedzenia) mogli tego 22 czerwca potraktować bardziej jak malutką dogrywkę po udanym meczu. Jednak ku naszemu zaskoczeniu w sali, która potencjalnie jest w stanie pomieścić ponad tysiąc osób wcale nie było tak pusto. Aczkolwiek miejsce, nieco wysoka cena biletu i przede wszystkim środek tygodnia zrobiły swoje – do sold out’u nie było nawet blisko. Dzięki temu był to jednak jak na ADTR koncert kameralny, a my zapraszamy na krótką relację z tego dnia.
A Day To Remember – 22 Czerwca 2026, Klub B17, Poznań
Zanim jednak rozpiszemy się o secie gwiazdy wieczoru przejdźmy przez gości specjalnych. W tej roli w Poznaniu pojawiły się grupy Dying Wish oraz Madball. Ci drudzy nie raz grali już w stolicy Wielkopolski wypełniając przeróżne kluby. Widać więc było, że i tym razem fani z tych koncertów ich nie zawiedli i stawili się w B17. Dodatkowo w czasie setu nowojorskiej kapeli czuć było fenomenalny kontakt z publiką oraz ogromną energię sceniczną wokalisty Freddy’ego Cricien’a. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż sam zainteresowany przyznał ze sceny, że nie chce podawać kiedy rozpoczynali swoją karierę. Ponieważ ta informacja określi zespół “wiekowo” (skład zmieniał się z biegiem lat, ale formacja istnieje od lat 80-tych). My jednak szczerze chcieliśmy wyrazić podziw dla kondycji fizycznej Fredyy’ego, bo ta jest godna pozazdroszczenia. Jako sporo młodsza ekipa nie bylibyśmy w stanie tak biegać i skakać po scenie (ani czymkolwiek innym). Setlista hardcore’owej grupy była równie imponująca co jej prezencja. Zespół sięgnął w niej zarówno po stare kawałki jak i po pozycje z nadchodzącego albumu “Not Your Kingdom” (premiera planowana na 24 lipca).
Dying Wisch, którzy otwierali cały koncert to skład także pochodzeniem sięgającym za Ocean Spokojny. Jednak o ile Madball pokazał się od najlepszej strony, tak tutaj bardziej zmierzamy w tym drugim alternatywnym kierunku. Występ dla wciąż zbierającej się publiczności mimo widocznych starań nie przyciągnął zbytniej uwagi ludzi, przez co wszystko wypadło dość drętwo. Dawno nie byliśmy też na koncercie, gdzie wszelkie próby rozruszania ludzi kończyły się aż takim fiaskiem – mosh? Zapomnij! Co do samej gry – instrumentalnie poprawna nie ma nic do zarzucenia, wokalnie nie moja bajka. Zespół natomiast będzie miał okazję się zrehabilitować w Gliwicach i życzę im by tym razem trafili na bardziej otwartych słuchaczy.
A teraz przechodząc już do A Day To Remember. Nasza wisienka na torcie skomponowała nam całkiem pokaźny set – przez klasyczne “A Shot in the Dark” po dużo nowsze i chwytliwe “All My Friends”. Łącznie setlista zawierała niemal dwadzieścia pozycji po trochę z siedmiu na osiem wydanych przez grupę albumów (bez debiutu). Do mojego gustu nie trafia tylko kawałek “Flowers” z najnowszej płyty “Big Ole Album Vol. 1” i ten utwór na liście chętnie bym podmieniała na coś innego. A wychodząc z propozycjami mógłby to być chociażby o wiele ciekawszy numer z tego samego wydawnictwa czyli “Die For Me”. To jednak pozostanie w strefie moich marzeń, a ten jeden utwór z niemal dwudziestu można “zamieść pod dywan” i uznać za przerwę na wypoczynek.
Istotne jest też to, że formacja nie dała też odczuć słuchaczom, że był to mniej poważny, malutki koncert aniżeli wielka festiwalowa scena. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że Neil Westfall, Kevin Skaff i Bobby Lynge (basista obecnie występujący z grupą) poczuli w B17 wyjątkowy luz i po prostu cieszyli się grą na swoich instrumentach. Co bezpośrednio zaskutkowało też luzem w zachowaniu publiczności i dobrą wspólną zabawą. Przerzucaliśmy się z chęcią za dużymi do wnętrza piłkami plażowymi i cieszyliśmy się tradycyjnym już dla ADTR papierem toaletowym niczym dzieci w piaskownicy. Jeden jedyny minus całego występu to lekkie opóźnienie względem zapowiedzianej godziny koncertu. Chociaż tutaj chyba problem dotyczył bardziej kwestii technicznych (świateł) niż samej chęci zrobienia zgormadzonym na złość.
Podsumowując cały wieczór to ostatecznie ani reflektory, ani dający wiele do życzenia support nie zaszkodziły finalnemu wrażeniu. Takie koncerty choć w skromnej atomsferze są najlepszymi wydarzeniami na jekie można się wybrać. Szczególnie jeżeli gra kapela, którą śledzicie od dzieciaka i która z reguły występuje w znacznie bardziej imponujących miejscówkach. To niepowtarzalna okazja na złapanie bliskiego kontaktu z zespołem czy zobaczenie wydarzenia z 2-3 rzędu. I to bez konieczności kolejkowania przez tydzień czy niekończącej się walki o przetrwanie w tłumie.
To nie recenzja, ale powiedzmy sobie szerze, wydarzenie 12/10.











