Relacja: Rock For People 2024 za nami. Czym wyróżniła się 29 edycja festiwalu?
2024 June 26 | Sylwia SaramaWydawać by się mogło, że stosunkowo całkiem niedawno opisywaliśmy ubiegłoroczną edycję festiwalu Rock For People. A tymczasem jesteśmy już po kolejnej dwudziestej dziewiątej edycji tego czeskiego wydarzenia. W związku z tym serdecznie zapraszamy do zapoznania się z naszą krótką relacją z czterodniowej imprezy odbywającej się w miejscowości Hradec Králové.
Dzień 1
Rock For People, Coroczne święto muzyki rockowej u naszych południowych sąsiadów rozpoczęło się zwyczajowo już w samo południe. Jako pierwszych na scenie mogliśmy zobaczyć szkockich przedstawicieli muzyki metalowej – Bleed From Within. I chociaż mogłoby się zdawać, że po latach spędzonych w trasie grupa zgromadzi sporą widownię to niestety okazało się to być błędnym założeniem. Prawdziwy tłum na powojennym lotnisku pojawił się dopiero wieczorem, a jeszcze więcej fanów muzyki rockowej pokazało się dopiero kolejnego dnia. Wracając jednak do kapeli nie zniechęciło ich to do pokazania tego na co ich stać. Przyzwoity występ ze strony zespołu z pewnością przyswoił im grono nowych słuchaczy. A także uradował tych już znających na przestrzał ich dyskografię, od “Humanity” (2009) po “Shrine” (2022). Dla nas z kolei było to świetne wprowadzenie do kolejnych długich godzin czekającej nas zabawy.
Foto: Bleed From Within na Rock For People 2024
Nieco inaczej odebraliśmy występ amerykanów z Fit For A King, którzy pojawili się w następnej kolejności na głównej scenie imprezy. Występ chociaż technicznie poprawny i bogaty w dobre utwory, wydawał się być ‘odbębniony na siłę’. Dlatego, jeżeli macie ochotę sprawdzić kiedyś jak na żywo brzmi “God Of Fire” czy nowsze “Keeping Secrets”. To z własnego doświadczenia polecamy jednak ich wieczorowe koncerty w klubach. Nim set FFAK dobiegł końca już było wiadomo, że plan dnia ulegnie delikatnym zmianom. Corey Taylor, który miał pojawić się na głównej scenie jako jedna z gwiazd tego dnia odwołał swój występ ze względu na chorobę (później odwołał jeszcze swój koncert w Austrii).
Wybiegając delikatnie w przyszłość nadmienimy, że w ciągu tych czterech dni to była jedyna taka sytuacja. Ciekawostką jest, iż po trzech latach od powrotu imprez masowych na świeżym powietrzu to pierwszy taki rok gdzie wszystko spięło się niemal w 100%. Wracając jednak do punktu wyjścia, to kolejnym etapem programu był występ australijskiej metalcore’owej kapeli Alpha Wolf. Grająca charakterystyczną muzykę ekipa zaprezentowała się z bardzo dobrej strony, czym skutecznie przyciągnęła uwagę zebranej, liczniejszej już publiki. W czasie tego koncertu nie zabrakło najbardziej znanych kawałków grupy czyli “Akudama” oraz “Sub-Zero”. Które idealnie złączyły się też nowości z płyty “Half Living Things” czyli “Sucks 2 Suck”, “Bring Back The Noise” i “Haunter”.
Foto: Alpha Wolf i Fit For A King na Rock For People 2024
Po migracjach line-up’u na głównej scenie jako kolejny pojawił się James And The Cold Gun (slot po Enter Shikari), który pierwotnie miał zagrać na CT Art Stage. Nam ułatwiło to jednak wybór i troszeczkę z sentymentu zdecydowaliśmy zobaczyć co w zanadrzu miało Of Mice & Men. Moglibyśmy poświęcić tutaj też spory kawałek czasu na debatę o tym, który z wokalistów w historii zespołu sprawdzał się najlepiej. Nie ukrywając, że trochę się ich przewinęło przez wszystkie lata ich aktywności. Pozostawimy to jednak waszej indywidualnej opinii. Gdyż naszym zdaniem Aaron Pauley pozostawiony sam na placu boju jako frontman świetnie daje sobie radę. Zarówno ze starymi utworami grupy, chociażby z “Second & Sebring” jak i z nagranymi już za jego czasów przy mikrofonie (po 2016 roku). Mamy na myśli oczywiście takie numery jak “Obsolete”, “Unbreakable”, “Indygo” czy “Warpaint”. Pozostali muzycy również zaprezentowali się bezbłędnie – brakowało im jednak trochę scenicznej energii przez co odbiór całości można opisać jako średni.
A teraz niech podniesie rękę ten fan koncertów, który chociaż raz nie widział występu Enter Shikari. No właśnie! Większość z nas widziała ich chociaż raz czy to w Polsce, bo bywali u nas nie jednokrotnie. Czy też przykładowo na omawianym przez nas festiwalu, tylko dwa lata wcześniej. I właśnie ta częstotliwość występów przyczyniła się do tego, że ich tegoroczne show na main stage nie zrobiło specjalnego wrażenia. Energia, którą zazwyczaj otacza się brytyjski zespół zaginęła bez śladu. I chociaż utwory nadal wykonywane są bezbłędnie to tracą przez to swój charakterystyczny vibe. Nawet przysłowiowy ‘klaskacz’ tzn. “Sorry You’re Not A Winner” to nie było to czego można by oczekiwać. Najnowsze numery z albumu “A Kiss for the Whole World” też nie wypadły jakoś rewelacyjnie. Pomimo tego, że studyjne wersje dawały na to spore nadzieje. Finalnie angielska ekipa zajmując miejsce Corey’a Taylora wypełniła lukę dobrą muzyką. Ale nie szaleńczą zabawą i naprawdę jesteśmy tym mocno zdziwieni.
Foto: Of Mice & Men i Enter Shikari na Rock For People 2024
Z kolei sporym zaskoczeniem okazała się być inna grupa pochodząca z UK – The Struts. Chociaż w namiocie znaleźliśmy się całkowicie przypadkiem (cały tegoroczny festiwal to dla nas zbiorowisko przypadków :D) to nie potrafiliśmy już z niego wyjść. Kapeli zdecydowanie należy się większy rozgłos po za rodzimymi wyspami. Ich ‘angielskość’ niesamowicie dobrze przykuwa uwagę, a twórczością hipnotyzuje swoją chwytliwością. “Could Have Been Me” oczywiście zakończyło ich set, jednak najlepiej w naszej opinii wypadły kawałki “Pretty Vicious”, “Body Talks” i “Put Your Money On Me”.
Zwieńczeniem pierwszego dnia był występ The Prodigy. Gupy, czy może bardziej już duetu z zestawem muzyków wspierających, którą zna chyba każdy dzieciak wychowany w latach 90. Niestety nasze zdanie na temat koncertów tej formacji nie uległo zbytniej poprawie. I po dziesięciu latach nadal nie jest to nasza ulubiona forma spędzania czasu. W ramach pocieszenia tym razem nagłośnienie nie było tak słabe jak dekadę wcześniej. Rozumiemy jednak dlaczego tak wielu ludzi przyciągają wydarzenia z ich udziałem. Ponieważ był to niewątpliwie dopracowany w stu procentach set, pełen efektów i dobrze znanym wszystkim melodii.
Dzień 2
Kolejny dzień na Rock For People należał zdecydowanie do amerykanów z The Offspring. Jednak przed ich występem udało się zobaczyć wielu innych wykonawców. Na jednej z większych scen jako pierwsi przewinęło się Wargasm czyli charyzmatyczne duo z Wielkiej Brytanii. Kapela, która w naszych głowach utkwiła głównie dzięki gościnnemu występowi w utworze Enter Shikari (przyp. “The Void Stares Back”) tworzy dość specyficzny rodzaj muzyki. Określilibyśmy go mianem miksu gwiazdy wieczoru dnia poprzedniego i owianych średnią sławą Die Antwoord. Niestety co za tym idzie nie jest to nasza muzyczna “działka”. Musimy jednak przyznać, że technicznie występ był bez zarzutu.
Z kolei miłym zaskoczeniem okazał się być występ Against The Current, na który zdecydowaliśmy się w następnej kolejności. Głównie z uwagi na to, że tutaj muzycznie dostaliśmy już coś kompletnie odmiennego. I chociaż jest to tylko lajtowy pop rock to potrafił nas do siebie przekonać. Wesołe melodie i równie przyjemne w odbiorze refreny. A także momentami nieco mroczny przekaz złożyły się na bardzo udany występ wokalny Chrissy Costanzy. Jeżeli chodzi o utwory jakie można by wyróżnić to będzie to oczywiście znane “Weapon” czy równie dobrze odbierane “Gravity”.
Foto: Against The Current na Rock For People 2024
W tym samym czasie na mniejszej scenie zlokalizowanej tuż obok można było posłuchać występu Crystal Lake. Grupa zaprezentowała się już z nowym wokalistą, ponieważ jego poprzednik, Ryo Kinoshita aktualnie pracuje nad projektem Knosis. Udało nam się zobaczyć fragment tego występu niestety zbyt krótki by wyciągnąć jakieś konkretne wnioski. Możemy jednak stwierdzić, że było donośnie i intensywnie. Dokładnie tak samo jak na La Dispute, którzy pojawili się na ten samej scenie jako kolejny wykonawca. Niestety set amerykanów nie należał do najdłuższych, ale z pewnością znalazł się w grupie wywierających wrażenie. Większość utworów pochodziła z wczesnej dyskografii grupy, tym samym set zwieńczył wedle wielu klasyk 2011 roku czyli “King Park”. Obecni mogli usłyszeć też “The Most Beautiful Bitter Fruit”, “First Reactions After Falling Through the Ice” czy “Woman (In Mirror)”.
Po intensywności i atmosferze towarzyszącej La Dispute mieliśmy niewielką chwilę wytchnienia, aby wkrótce wybrać się na sensację tegorocznej Eurowizji. A właściwie, nie sensację, a kontrowersję, bo to w istocie sprzedaje się w tym konkursie najlepiej. Z resztą udowodniono to już nie raz. Ale czy pochodząca z Irlandii Bambie Thug zasługuje na tak negatywny odbiór? Aabsolutnie nie! Wokalistka pokazała, że image sceniczny odbiega od charakteru jej występ. W efekcie utrzymując fantastyczny kontakt z ze zgromadzoną publiką i dając bardzo dobry technicznie występ. Oczywiście “Doomsday Blue” na koniec zebrało najwięcej entuzjazmu słuchaczy, ale dla Bambi to tylko drzwi do większej i dłuższej kariery.
Oby tak długiej jak muzycy z UnderOATH, którzy po roszadach i z przerwami na scenie bujają się od ponad dwudziestu lat (ba, dobijają powoli do 30!). To właśnie amerykanie jako kolejni zabrali nas w wir swojego występu. Zaczynając z impetem od “Take a Breath” i szybko wchodząc z numerem “Writing on the Walls” ♥. Ale prym tego koncertu to oczywiście kawałki z przełomowej dla formacji płyty “They’re Only Chasing Safety” (2004). Usłyszenie na żywo “It’s Dangerous Business Walking Out Your Front Door“, “Reinventing Your Exit” i oczywiście “A Boy Brushed Red Living in Black and White” to inny wymiar szczęścia. W szczególności dla osób, które ‘raczkowały’ w tamtych czasach z taką muzyką w odtwarzaczu. Jeżeli nie mieliście okazji być na ostatnim koncercie w Warszawie (12-ego czerwca), albo gdziekolwiek w czasie tego europejskiego wypadu formacji. To szykujcie portfele na kolejne eskapady w przyszłości, bo naprawdę warto.
Foto: La Dispute i UnderOATH na Rock For People 2024
Najbardziej statyczny człowiek brytyjskiej sceny rockowej, stojący po środku ze swoją gitarą i czarujący publikę swoimi wokalami. Takie zdanie idealnie opisuje to co robi Miles Kane w czasie swoich występów. Zarówno tych solowych jak i z The Last Shadow Puppets. Energię czuje się na nich z muzyki nie z ekspresji. Koncert otworzył jeden z najnowszych kawałków tj. “Troubled Son”. Potem z tej samej płyty “One Man Band” (2023) usłyszeliśmy jeszcze tytułowy numer, “Heal” oraz “Never Taking Me Alive”. Ale jak to w życiu bywa najbardziej cieszy to co już się zna. Miło było więc usłyszeć ponownie “Don’t Forget Who You Are”, “Ihnaler”, a także “Rearrange”. Nie zważając na ilość zagranych numerów, to ostatni z wymienionych kawałków najbardziej skradł naszą uwagę.
Problem ze wskazaniem faworyta mielibyśmy za to patrząc na setlistę Parkway Drive, którzy niedługo potem pojawili się na Youtube Stage. Od czego zacząć i gdzie skończyć? Czy byłoby to “Sleepwalker”, “Karma”, “Idols and Anchors”. A może nowsze “The Void”, “Prey”, “Darker Still” albo “Glitch”. Jedno jest pewne wśród szesnastu utworów, płomieni i wszech obecnej skóry zabrakło “Carrion” i tego jest nam najbardziej żal. A wracając do wspominanych płomieni to naprawdę tęsknimy za oprawą sceniczną towarzyszącą koncertom grupy na początku poprzedniej dekady. Jest lato, stoimy w tłumie nie potrzebujemy by nas dodatkowo opiekać z każdej strony 🙂 W każdym razie wracając do sedna naszej relacji. Australijska grupa z roku na rok pokazuje, że to co robią jest ich sposobem na życie. A muzyka płynie w ich krwi razem z jadem węży i siłą kangurów. Niezależnie od tego czy lubimy nowe albumy, czy nie sceniczny power i technika pozostają z nimi w parze.
Na koniec wracamy do zamykających dzień na głównej scenie – The Offspring, muzyków aktywnych od czterdziestu lat (to tak długo, że mogli zagrać w ostatnich latach istnienia Jugosławii) i to bez przerw jak to młodsze pokolenia mają zwyczaju 🙂 Chociaż jak to bywa skład grupy ulegał na przestrzeni tych lat zmianom, a Dexter i Noodles wykazują już pewne ślady swojego wieku to absolutnie nie dało się tego odczuć tego wieczoru. Półtoragodzinny i niemal dwadzieścia utworów w tym największe hity grupy z przełomu wieków “Why Don’t You Get a Job?”, “Pretty Fly (for a White Guy)” czy “The Kids Aren’t Alright”. W naszym sercu specjalne miejsce należy się też znanemu, ale jednak “nowszemu” niż wcześniej wymienione “You’re Gonna Go Far, Kid” (2008). Panowie po raz pierwszy w wersji live zagrali też najnowszy singiel z właśnie zapowiedzianej jedenastej płyty “Supercharged”, kawałek “Make It All Right”.
Foto: Parkway Drive i Miles Kane na Rock For People 2024
Dzień 3
Im dalej w las tym robi się ciekawiej – z takim przeświadczeniem wyruszyliśmy na trzeci dzień Rock For People i nie pomyliliśmy się. Na scenie festiwalu pojawiło się dużo znanych i lubianych artystów, ale przede wszystkim mogliśmy spełnić nasze dziecięce marzenia. Bo gdy zespół Hoobastank w 2003 roku robił największe zamieszanie nam nie w głowie były jeszcze koncerty (w najlepszym wypadku kartkówki). Cieszy nas więc fakt, że dwadzieścia lat później mieliśmy okazję usłyszeć na żywo “The Reason”, pomimo tego, że nie jest to najlepszy kawałek w repertuarze zespołu. Ten tytuł dzierży również obecny “Out of Control”, a goni go równie dobre “Crawling in the Dark”, które ten występ zwieńczyło. Na wspomnienie zasługuje też “Same Direction”, natomiast wszystkie utwory w czasie tego występu odznaczyły się energiczną jakością wykonania. Dziwi nas tylko fakt, że grupa nie przemyciła do setlisty piosenek nagranych po 2009 roku, a z drugiej strony trochę taki wybór rozumiemy…
Wróćmy jednak do faktycznej kolejności występów bo przed ekipą z Los Angeles na scenie można było zobaczyć jeszcze Counterparts i RED. Pierwsza z grup odznaczyła się na scenie hardcore i jest jedną z najbardziej istotnych kapel tego gatunku. Ale godzina dwunasta to nigdy nie jest dobra godzina na koncertowanie, nie dziwi więc nieliczna i nijaka publika. Pomijając ten aspekt, to wysęp Kanadyjczyków był solidny, pełen emocji i ważnych przekazów w tekstach, ale nie porywający. Przy grupie RED nasze odczucia się nieco podzieliły… Pierwsza połowa tego występu była całkiem niezła, utwory “Feed the Machine” i “Already Over” wypadły ponadprzeciętnie, ale zaraz potem nastąpił spadek (niechęć?) i dalsze utwory wypadały dość mętnie, aż do samego końca gdzie dostaliśmy “Breathe Into Me”. Publika zdawała się mieć podobne odczucia, więc ponownie zrzucimy winę na godzinę tego wydarzenia…
Foto: Hoobastank i Red na Rock For People 2024
Energia sceniczna nie opuściła za to szwedów z Royal Republic, którzy na Rock For People przy okazji prezentowali swój najnowszy materiał, który ukazał się kilka dni wcześniej (7 czerwca). Cała oprawa sceniczna związana z albumem “LoveCop” jak i utwory pochodzące z tego krążka, tytułowe “LoveCop”, “LazerLove” czy “Freakshow” spotkały się z pozytywnym odbiorem zgromadzonych słuchaczy. Nawet jeżeli Ci nie zdążyli sprawdzić nowości jeszcze przed koncertem. Po prostu ciężko jest się nie bawić przy tak zdystansowanych do siebie muzykach, dla których występy to ewidentnie chleb powszedni. Do tego Adam i ekipa postawili też na szlagierowe “Tommy-Gun”, “Getting Along” czy “RATA-TATA”. Niestety nie mieliśmy okazji usłyszeć gry słownej w “Addictive”, na które zawsze po cichu liczymy.
Z drugiej strony kanadyjka, Avril Lavigne zagrała dokładnie wszystko czego tylko mogliśmy się spodziewać. Moim pierwszym koncertem w życiu była właśnie Avril we wrocławskiej Hali Stulecia (w 2008 roku !!!), mając więc porównanie uprzejmie donoszę, że to już nie jest to samo. Po pierwsze to my fani jesteśmy starsi i “Girlfriend” nie wchodzi już tak jak za czasów nastoletnich (proponuję zmienić linie w tekście na “we shouldn’t get togheter anytime soon” + ogłoszenie parafialne sprzedam męża!), a po drugie wokalistka też nie stoi w miejscu i nie jest już tak pełna energii jak to miała w zwyczaju. Mimo wszystko była to jednak nostalgiczna podróż do przeszłości usłana hitami takimi jak “Complicated”, “When You’re Gone”, “My Happy Ending”, “I’m With You” czy “Sk8er Boi”. To był naprawdę dobry koncert, chociaż zawsze może być lepiej jak przekonuje stare polskie porzekadło.
Foto: Royal Republic na Rock For People 2024
Można powiedzieć, że w ostatnich latach Bring Me The Horizon nie tylko na tym festiwalu, ale też na wielu innych grają wręcz etatowo. Więc kiedy po pięciu latach ponownie pojawili się w rozpisce, jako headliner chyba na nikim nie wywarło to większego zaskoczenia. Zszokowało nas jednak to z jaką skalą pasjonatów BMTH spotkaliśmy się pod sceną, gdyż przez przerwę covidową etc. publika rozrosła się niemal dwukrotnie porównując oczywiście do ich poprzedniego występu na Rock For People. Istnieje też cień szansy, że zakłamujemy delikatnie rzeczywistość bo miejsca na lotnisku nie przybyło od tego czasu, ale takie imponujące wrażenie można było odnieść 🙂
Na plus są też niewielkie lecz znaczące zmiany. Po za tymi oczywistymi w składzie, Brytyjczycy zmienili również nieznacznie koncepcję show i rozbudowali bardziej swój repertuar. Pojawiło się więc sporo nowości z “Post Human: Nex Gen” między innymi “Top 10 staTues tHat CriEd bloOd”, “Kool-Aid” czy “Darkside”. Nikogo nie zaskoczył też brak kawałków wydanych przed albumem “Sempiternal”. Chociaż wcześniejszy “There Is a Hell Believe Me I’ve Seen It. There Is a Heaven Let’s Keep It a Secret.” po dziś dzień jest jednym z najlepszych albumów w ich dyskografii. Jednak pomimo tego, że cała prezencja zespołu i dobór materiału idzie w totalnie inną stronę aniżeli jeszcze dekadę temu to grupa wypadła bardzo pozytywnie. Można wręcz powiedzieć, że zaskakująco dobrze. Oczywiście z perspektywy, kogoś kto nie raz już marudził po ich koncercie – przykład tutaj.
Nigdy za to nie zdarzyło mi się narzekać na występ Kanadyjczyków z Sum 41 i najpewniej nie ulegnie to już zmianie. Kończąca w najbliższym czasie karierę formacja, pożegnała się z festiwalową sceną w Czechach z przytupem, zamykając Youtube Stage. Miejsca w “dolinie” na publikę dosłownie brakowało (co też świadczy o tym, że na BMTH nie było małej widowni) i na próżno można było szukać osoby, która nie oddałaby się w pełni pop-punkowym szlagierom. Ponad dwadzieścia utworów od “The Hell Song” po nowsze “Dopamine”, a do tego covery “Smoke on the Water” i “Seven Nation Army” (Deep Purple i The White Stripes w oryginale) tylko po to by finalnie i tak “było za mało”.
Dzień 4
Ostatni dzień wydarzenia to oczywiście moment na refleksję, to już koniec i więcej nie będzie. To też nawet nieco słabszy w naszym odczuciu line-up został wybaczony na poczet dobrej zabawy. W naszym wypadku ta wystartowała wraz z koncertem niespodzianką od Palaye Royale (do ostatniej chwili nie było wiadomo kto wystąpi pod mistycznym “Zdena”). Set amerykanów z charyzmatycznym wokalistą Remingtonem Leem na czele złożył się na dziesięć kawałków i zjawiskowe surfowanie w tłumie. Usłyszeliśmy głównie najbardziej znane kawałki z przełomowego krążka “The Bastards” i delikatną zapowiedź nowego materiału w kawałku pt. “Just My Type”. Ich interakcja z publicznością była fenomenalna, a każdy utwór niósł ze sobą ogromną dawkę energii tak potrzebną o w samo południe.
W międzyczasie na innej scenie rozkładała się już brytyjska formacja Blackgold. Ich nu-metalowe brzmienie, pełne ciężkich melodii i dynamicznych zwrotów akcji podkręciło naszą energię zaciągniętą na poprzedni koncercie. Stosunkowo młoda kapela ma zdecydowanie szansę zostać ulubieńcem słuchaczy i koncertowych bywalców, co było widać po reakcji zebranej publiki. Brak im jednak zapasu we własnym repertuarze, na ten moment są to bowiem raptem dwa mini albumy “Volume 2” wydany przed miesiącem i ubiegłoroczny “Blackgold”. W następnej kolejności udało nam się zobaczyć kawałek występu I Don’t Know How But They Found Me czyli w skrócie IDKHOW. Formacja, która być może nie wnosi najwięcej energii scenicznej do swoich występów porwała publikę swoją niezawodną alternatywną mieszanką indie rock’a i synthpopu. W ecie nie zabrakło najbardziej znanych utworów “Choke”, “Do It All The Time” czy “Nobody Likes The Opening Band”.
Mniej więcej w połowie koncertu IDKHOW rozpoczął się set szwedów z Solence, na który wybrała się część naszej ekipy. Ich przepełniona energią muzyka łącząca w sobie głównie elementy ciężkiego grania i elektroniki była idealną alternatywą dla koncertu amerykanów. Można by powiedzieć, że to wydarzenie idealne na rozgrzewkę dla słuchaczy oczekujących na wieczorny set Pendulum. W każdym razie zapamiętaliśmy ten występ jako bardzo pozytywny, poprawny i oddany w pełni publice, z którą grupa złapała świetny kontakt. Nie brakło przy tym znanych kawałków takich jak “Good F**King Music”, “Animal In Me” czy nieco starszego “Heaven”. W setliście zespołu zabrakło natomiast miejsca na “Best For You”, więc wrzucamy ten kawałek tutaj.
Czy równie dobrym kontaktem z publiką może się pochwalić zespół Bombay Bicycle Club ciężko powiedzieć. Po latach od ich ostatniego występu jaki przyszło mi widzieć na Sziget wiele się nie zmieniło. Wciąż jest to technicznie poprawne granie, które ma zdecydowane problemy z utrzymaniem zainteresowania słuchaczy. Set grupy jest momentami zbyt monotonny, czego formacja nie nadrabia również stylem swojego występu. Grupa The Darkness z kolei może poszczycić się zaskakującą formą na scenie i chwytliwymi kawałkami utrzymanymi w stylu lat siedemdziesiątych. Po za oczywistym “I Believe in a Thing Called Love” usłyszeliśmy również jedenaście innych kawałków, w tym cover Led Zeppelin – “Immigrant Song”. Wszystkie wykonane na najwyższym poziomie, porywające i sprawiające, że set Brytyjczyków można polecać w ciemno.
Dzień dla większości przybyłych zamykał występ młodego Anglika kryjącego się za pseudonimem Yungblud. Wokalista wyróżnia się nie tylko ekspresją w swoim wyglądzie, ale też nowatorski podejściem do muzyki i charyzmatycznymi wykonaniami. Nic więc dziwnego w tym, że jego koncert spotkał się z pozytywnym odbiorem oczekujących na ten moment uczestników festiwalu. W czasie zamknięcia głównej sceny można było usłyszeć między innymi utwory “God save me, but don’t drown me out”, “Loner”, “Fleabag” czy cover utworu Machine Gun Kelly, “I Think I’m OKAY”. Prawdziwy koniec Rock For People odbył się jednak wraz z koncertem legendarnej australijskiej formacji Pendulum. Elektroniczne podejście do rock’a i utwory takie jak “Granite”, “Witchcraft”, “Tarantula” czy “Watercolour” to zdecydowanie coś co warto doświadczyć na własnej skórze.
Podsumowanie
Podsumowując jak co roku festiwal zaprezentował się ze swojej mocnej strony, oferując nam line-up do jakiego nie można byłoby się przeczepić. Fani, którzy wybrali się do Czech mieli okazję zobaczyć gwiazdy światowego formatu, grupy bardziej znane w konkretnych kręgach, czy raczkujące jeszcze na scenie ekipy liczące na to, że będzie to ich czas. Jesteśmy przekonani, że każdy obecny tak jak i my znalazł coś dla siebie, kilkukrotnie się zaskoczył i jak dobrze poszło to nie wydał majątku na jedzenie i picie. Pomijając oczywiste wady tego typu wydarzeń – ceny, tłumy i fakt, że czas na przerwę nie zawsze jest w zasięgu. To warto rozważyć wybranie się na Rock For People za rok, tym bardziej, że będzie to jubileuszowy trzydziesty rok i na pewno przyniesie sporo niespodzianek.










