Rock For People 2026 – Dramatyczna pogoda z muzycznymi wyżynami. [RELACJA]

2026 July 20 | Sylwia Sarama


Tegoroczna edycja Rock For People to już trzydziesta pierwsza odsłona tego czeskiego wydarzenia. Po raz kolejny z tej okazji słuchacze cięższych gatunków muzycznych zgromadzili się na lotnisku w miejscowości Hradec Králové, jednocześnie po raz pierwszy od lat wyciągając do tego kalosze z szafy. Ale nawet kiepska pogoda jaka w tym roku towarzyszyła nam przez 5 dni imprezy nie powstrzymała niemal 50 tysięcy odwiedzających RFP. Zapraszamy na naszą relację z tego nadzwyczajnego festiwalu.

W 2026 roku organizatorzy Rock For People ponownie postawili na 5 dni muzycznych doznań zaklepując termin od 10 do 14 czerwca. Ostatni dzień tego okresu, przypadający na niedzielę podobnie jak rok wcześniej funkcjonował jako dzień dodatkowy – z osobnym, ale przyklejonym do konceptu koncertem Iron Maiden. Zanim jednak przejdziemy do standardowego omawiania samych występów to należy się kilka słów o organizacji. Nie był to nasz pierwszy wyjazd do Czech, gdyż latami sukcesywnie obserwujemy rozrastanie się festiwalu. I przyznajemy zmiany w jego funkcjonowaniu z punktu widzenia festiwalowicza nie są duże. Ceny są nadal akceptowalne, miejsca i punkty dobrze oznaczone.

Została podjęta nawet próba pokonania sił natury… Przez cały czas trwania tegorocznej imprezy padało więc organizatorzy zabrali się za niwelowanie błota poprzez odsysanie kałuż czy wysypywanie ściółki w najbardziej zalanych miejscach. Naprawdę chodź czasami mijało się to z celem to pełen szacun za te próby! Lokalizacja ma jednak inny znaczny mankament. A dokładniej ograniczone miejsce (sprzedawane jest coraz więcej biletów), co w tym roku było widać szczególnie pod sceną Rock For People Stage. W dziurze pomiędzy pagórkiem, zapleczem technicznym, sceną i niechcianym potokiem z błota było strasznie ciasno. Tym bardziej, że kilka koncertów z potencjałem głównej sceny (ogromne zainteresowanie) trafiło właśnie na te mniejsze deski. Chyba to dobry moment by pomyśleć tutaj nad delikatną reorganizacją tego ustawienia.

Ciekawym pomysłem, który warto podkreślić są też osobno sprzedawane miejsca na trybunach przy Mastercard Stage. Jest to znacznie tańsze rozwiązanie aniżeli leżąca równolegle strefa VIP, ale chyba nie cieszyło się ono zbytnim powodzeniem. Wejściówki do tej strefy były dostępne przez cały festiwal, a brak zadaszenia przy intensywnych opadach raczej nie pomógł w sprzedaży. Na przyszłość i przy bardziej sprzyjającej pogodzie to spoko opcja, dla tych, którzy już nie mają ochoty na ciśnięcie się w tłumie.

ČT art Stage

Ciężko byłoby umieścić tutaj wzmiankę o wszystkich wykonawcach, którzy w tym roku pojawili się na Rock For People. Dlatego podsumujemy występy w grupach. Zaczynając od tych koncertów, które odbyły się na CT Art Stage. Czwarta co do wielkości miejscówka na tym festiwalu opływała w zyskujące na rozpoznawalności kapele już od pierwszego dnia wraz z Boundaries, Thrown czy Scene Queen na zamknięcie całego wydarzenia. Nam udało się zobaczyć w tym miejscu przede wszystkim brytyjską grupę As It Is, TX2, Melrose Avenue, Vianova oraz Rain City Drive. Jedyny brytyjski zespół w tym zestawieniu okazał się być godnym reprezentantem swojego kraju. Formacja zaprezentowała swój najnowszy materiał pochodzący z niewydanego jeszcze albumu “As It Is”, ze sceny wybrzmiał też ich najbardziej znany singiel czyli “Dial Tones”. Jednocześnie był to występ na najwyższym poziomie czego nie można niestety powiedzieć o TX2.

Czy TX2 studyjnie da się słuchać? Tak. Czy chce się oglądać teledyski? Nie bardzo. Czy chce się zobaczyć ich na żywo z czystej ciekawości? Owszem. Ale tym razem już uprzedzając pytanie nie jest to nic szczególnego, a jeżeli w danym czasie gra ktoś inny, albo pogoda daje się we znaki to nie warto. Ten wykonawca idealnie oddaje poprawność polityczną Netflix’a. Wszystko jest tutaj na opak i absolutnie nie może być zgodnie ze standardami, a każdy głos krytyki będzie odbierany jako atak. Więc przejdźmy dalej… Melrose Avenue czyli australijska grupa robiąca karierę na tej samej platformie co poprzednik. Nawet działająca z tą samą wytwórnią, a mimo to jest to ich dokładne przeciwieństwo. Owszem ich social media są skupione na aspektach wizualnych by zwracać uwagę, ale muzycznie bronią się bardzo dobrze (także jak komuś przeszkadza image to można z opaską na oczach słuchać). Ze wszystkich singli jakie dotychczas pojawiły się w repertuarze grupy najlepiej wypadło “Taste”, “Inside Your Mind” oraz “Black Heart”. Przed premierowo usłyszeliśmy również kawałek “Cemetery Friend”. Z czystym sumieniem polecamy – tym bardziej, że kolejna okazja na złapanie kapeli w Polsce już w lutym.

Vianova sami określają swoją muzykę to “Angry-dance music” i coś faktycznie może w tym być. Występ niemców nie zaskoczył nas niczym szczególnym, ale z pewnością podchodzi pod kategorię tych charakterystycznych. Weźmy na przykład takie “Más Rápido”, które wprowadza czysty chaos latonoskimi rytmami, krzykiem i czystymi wokalami nie odnoszącymi się do niczego innego. I gdyby tak wykasować te tradycyjne wokale to set byłby naprawdę spoko. Biorąc pod uwagę śpiewanie o wiele lepiej wypadło Rain City Drive.

Amerykanie, którzy mieli pecha grać w tym samym czasie co Iron Maiden odegrali naprawdę świetną kameralną próbę garażową (sami tak stwierdzili) dla tej garstki publiczności zgromadzonej w namiocie. Zespół po zmianie nazwy i reformacji wydał trzy świetne melodyjne krążki, ale wieczór zdecydowanie należał jakościowo do najnowszego “Things Are Different Now” z 2024 roku. “Frozen” był najlepszym punktem programu, a dalej mieliśmy jeszcze “Medicate Me” czy “Neverbloom” z tej płyty. Ze starszego materiału formacji nie zabrakło oczywistego “Talk To A Friend” czy chwytliwego “Waiting On You”. I chociaż czuć było zawód ze sceny, że liczebność publiki była żenująco nieadekwatna to mimo wszystko kapela i tak dała z siebie 110% serwując naprawdę świetny koncert.

Rain City Drive - Rock For People 2026

Rain City Drive - Rock For People 2026

Stage Petra Svobody

To jedna z najmniejszych scen całego wydarzenia, na której można sprawdzić wschodzące talenty z zaledwie garstką innych osób. Co ciekawe pomimo tego, że występujące tu kapele naprawdę mają spory potencjał to nie przyciągają tłumów. Po części związane jest to z nakładającymi się wydarzeniami, ale przyczyn można szukać też na zegarze. Koncerty w tym konkretnym miejscu startują w okolicach godziny 11/12, gdy większość uczestników festiwalu odsypia poprzedni dzień, zajada się potrawami z gastro czy dojeżdża na teren lotniska. W tym roku można było zobaczyć tutaj występy Mouth Culture, Nevertel, Banks Arcade, The Pretty Wild, Unpeople, Ankor czy grupy Vower.

Nam udało się załapać tylko na formację Gridiron i ich rap-metal rodem z Ameryki. Set opiewał na utwory wydane w ubiegłym roku wraz z albumem “Poetry From Pain”, a także w kawałki z EP-ki “No Good At Goodbyes”. Zespół istniejący od 2020 roku, łącznie zagrał 9 utworów. Gdzie na wyróżnienie zasługują przede wszystkim “26/9”, “25-8”, tytułowe “No Good At Goodbyes” z EP oraz “Lights Out” singiel z tego roku. Koncert w całości przykuwał uwagę słuchaczy i chociaż nie wyrażali chęci do nadmiernej ekscytacji moshem to wciąż świetnie się bawili. Jest to kapela, którą warto zobaczyć na deskach klubów, a kto miał szczęście załapał się na ich set w poznańskiej Minodze chwilę przed ich występem na RFP.

Evropa 2 Stage

Na scenicznym podium należy umieścić właśnie to miejsce. Evropa 2 Stage to ogromny namiot, w którym najcześciej gości się tych wykonawców, których dorobek artystyczny i rozpoznawalności sięga niemal do poziomu headlinerów. Co z resztą niejednokrotnie w historii festiwalu zyskało już potwierdzenie gdy kapele powracające na wydarzenie właśnie z tego namiotu przeskakiwały na główną scenę. Jako przykład przychodzi mi do głowy Nothing More i The Hara – chociaż Ci drudzy w Czechach robią za dobry “zespół awaryjny” w ostatnich latach. W każdym razie w tym roku we florystycznie bogatym namiocie można było zobaczyć występy takich kapel jak Die Spitz, Trivium, The All-American Rejects, Trash Boat, High Vis, Calva Louise, Malevolence, President, Man With A Mission czy God Is An Astronaut.

Kiedyś sceniczni wyjadacze, dziś powracająca do życia kapela Letlive. to jedna z tych grup, które można było zobaczyć w tym miejscu. Rozbrzmiewające ponownie po latach “Renegade 86”, “Banshee (Ghost Fame)” czy “Muther” to miód na uszy starych koncertowych wyjadaczy. A i Ci, którzy nigdy nie mieli okazji widzieć zespołu na żywo z pewnością wyszli zadowoleni tego z namiotu. Takich pełnych energii i pasji koncertów życzymy sobie w przyszłości. Podobnie z resztą jak w przypadku I Killed The Prom Queen, kolejnej fenomenalnej swego czasu kapeli, która teraz ponownie rozbudza w fanach metalcore iskierki nostalgii. Klasyczne “Say Goodbye”, “Sharks in Your Mouth” i kilka innych utworów z równo dwudziestoletniego krążka “Music for the Recently Deceased” porwało zgromadzonych niczym tornado. Tutaj nikogo nie trzeba było zachęcać do zabawy, bo to mosh po prostu przejął to show. Po za tym dostaliśmy też jeszcze starsze numery z “When Goodbye Means Forever…” i absolutne zero kawałków z najnowszego albumu czyli “Beloved”.

Evropa 2 oferowała też pokolenie znacznie młodszych kapel w tym chociażby Catch Your Breath czy Sleep Theory, które wzrost popularności zawdzięczają już przede wszystkim social mediom (i w przypadku ST znajomościom, bo to niemożliwe by zaczynać od razu na szczycie). Pierwsza z tych amerykańskich kapel czyli Catch Your Breath oferująca w sowim repertuarze tonę chwytliwych – jednobrzmiących utworów zaprezentowała się na scenie bardzo dobrze. Jednak w ich secie brakuje życia (?), melodyjne kawałki chodź różne brzmią z poziomu publiki tak samo, a na scenie mamy zapętlone ruchy rodem z rolki czy gifa. Czterdzieści pięć minut oglądania zapętlenia może zmęczyć, nawet jeżeli sam występ miał ogromny potencjał. Sleep Theory, które występowało w ramach ostatniego dnia wydarzenia zaprezentowało się już o niebo lepiej z tą samą kategorią utworów. Melodyjne i chwytliwe teksty wpadające w pamięć często bardzo do siebie podobne jednak zaprezentowane w odpowiednio żywiołowy sposób robią o niebo lepsze wrażenie. Z tych dwóch koncertów zdecydowanie polecamy wybrać się na ten drugi gdy trafi się okazja.

Malevolence występowali tutaj już drugi raz w przeciągu trzech ostatnich edycji. Tym razem jednak anglikom przytrafił się nowy materiał w postaci krążka pt. “Where Only the Truth Is Spoken” co nieco odświeżyło ich występ. Po za tym jednak tradycyjnie już roznieśli publikę w przysłowiowy pył. Z kompletnie innej kategorii gatunkowej, ale z tym samym efektem na zgromadzonych mamy jeszcze występ Militarie Gun. Jeżeli chodzi o nasze oczekiwanie względem faktycznego show to jest to jedno z tych, które kompletnie nas zaskoczyło. Przykładowo “Ain’t No Flowers”, cover The Strokes, “You Only Live Once” czy “B A D I D E A” wszystko na bardzo wysokim punkowym poziomie.

RFP Stage

Jedna z dwóch najwiekszych scen wydarzenia i jednocześnie to miejsce, o którym wspominaliśmy wyżej. Czyli niekoniecznie wystarczająco duże by pomieścić wszystkich zainteresowanych występującymi zespołami. I proszę nas tutaj nie zrozumieć, źle umiejscowienie i klimat tej sceny jest o niebo lepszy niż główny punkt całego festiwalu. Ale takie kapele jak Papa Roach, Electric Callboy, Within Temptation czy Three Days Grace dosłownie wypchały przestrzeń po brzegi. Gdzie finalnie część ludzi nawet nie podejmowała się szukania miejsca i “oglądała” koncerty z przejść czy oddalonych stref gastro. Pomijając jednak lekkie niedopatrzenie względem liczebności tegorocznego wydarzenia, to na tej scenie zobaczyliśmy między innymi występy Bloodwood, Social Distortion, South Arcade, Wolf Alice, Yonaka czy Knocked Loose.

Pierwszy dzień “deszczowej rockowej piosenki” otworzyła dla nas grupa We Came As Romans, kluczowa dla gatunku phc i wciąż odradzająca się z popiołów. Z oczywistych względów nieco zmienił się ich styl grania, nie dziwne jest też unikanie starszego repertuaru. Mimo to formacja naprawdę jest jedną z ciekawszych propozycji do zobaczenia na żywo. Dave Stephens, na którego spadło całe brzemię bycia frontman’em bezbłędnie skupia uwagę tłumu i sprawia, że ten chce więcej. Tymczasem reszta kapeli świetnie się bawiła grając przede wszystkim materiał z albumu “All Is Beautiful… Because We’re Doomed” z ubiegłego roku. Były to między innymi utwory “Bad Luck”, “no rest for the dreamer” czy “where did you go?”, które wypada najprzyjemniej z całego setu.

Kolejne bardzo dobrze znane nam kapele, które wystąpiły w tym miejscu to Bury Tomorrow oraz Bilmuri. Ci drudzy początkowo wydali się ciekawą propozycją, czas jednak szybko ją zweryfikował bo im dalej w las tym gorzej. Podobnie jak wspomniani wcześniej Catch Your Breath nie potrafili porwać ekspresją sceniczną, a sam materiał w wersji na żywo mają średnio zróżnicowany. Był to jeden z najnudniejszych koncertów całego wydarzenia, Bury Tomorrow natomiast to kompletnie inna liga. Zespół przeszedł spore zmiany od wydania swojego debiutu “Portraits” w 2009 roku zarówno muzycznie jak i składowo. Mimo to nadal wykonują kawał dobrej roboty na scenie, a każdy kolejny materiał spod ich rąk utrzymuje poziom. To co przedstawili sięgając po zeszłoroczne “Will You Haunt Me, with That Same Patience” nie pozostawia w tej kwestii żadnych wątpliwości.

Czy jest ktoś kto nie bawi się dobrze, do skocznego i nieco “głupiutkiego” Electric Callboy? Cichy headliner dnia pierwszego zaserwował zgromadzonym dwadzieścia hipnotyzujących kawałków od “Hypa Hype”, przez bardziej znane niż oryginał “Everytime We Touch” do nowszych “Tanzined” czy “Elevator Operator”. Dodatkowym atutem tego show był brak deszczu, natomiast na minus ponownie problem z miejscem. A w tym wypadku nawet problemu z wejściem na festiwal jeżeli ktoś wyskoczył na pole namiotowe (bramki rozdzielają strefę festiwalu od namiotów). Jednak nawet połowa setu Niemców (i Kanadyjczyka) naładowałaby odbiorcę elektryczną falą, także warto było biec z bramek. Taką falą ładującą mogło się pochwalić również amerykańskie All Time Low. Chociaż opinie na temat tej konkretnej kapeli są różne, a muzyka z nowszych albumów pozostawia pole do życzeń. To nadal potrafią przerzucić pop-punkową energię na publikę i to się jak najbardziej ceni. Szkoda, że na fali powrotów i jubileuszy nie udało się usłyszeć “Coffee Shop Soundtrack”, w końcu ten kawałek też ma już równiutkie dwadzieścia lat…

Podobne miejscowe problemy dotyczyły koncertu Three Days Grace i Papa Roach. Zarówno reprezentanci Kanady jak i Amerykanie wypełnili miejsce po brzegi zapewniając przy tym po półtora godziny ciągłych hitów – dosłownie, bo zarówno jedni jak i drudzy mają prosty acz chwytliwy rockowy repertuar z wczesnych lat dwutysięcznych (już klasyczny, ale nadal świetny!). Papa Roach wprowadzili do setu powiew nowości głównie przez single “Even If It Kills Me”, “See U in Hell” wykonane z synem Jacoby’ego czy “Braindead”. Natomiast Three Days Grace wprowadziło do zestawienia kilka kawałków z pierwszego wspólnego albumu na lini Matt/Adam czyli “Alienation”. Finalnie oba występy to przede wszystkim powiew świetnej nostalgii i niezawodna sceniczna prezencja (chociaż szkoda, że TDG odgrywa ten sam teatrzyk co w listopadzie). A to rzutuje na genialne show, które nie potrzebuje fajerwerków, nadmiaru płomieni czy innej dodatkowej oprawy wizualnej – muzyka jeszcze potrafi się obronić sama.

Mastercard Stage

No i na sam koniec finałowa, największa scena całego Rock For People czyli Mastercard Stage. To tutaj swoje popisy przedstawili Iron Maiden, Bring Me The Horizon, Halsey, Limp Bizkit, Alter Bridge, Gorillaz czy Babymetal. I o ile w przypadku poprzedniego miejsca, wiele kapel przyciągało za dużo ludzi, tak tutaj kilka grup mogłoby spokojnie grać na mniejszej scenie. Koncerty chociażby Magnolia Park, Loathe czy Basement raczej nie miały szans na liczebnościowy sukces – niestety.

I tak płynnie zacznijmy właśnie od mniejszej grupy czyli Magnolia Park. Amerykańska formacja która istnieje niespełna dekadę miała być dla nas ciekawym powiewem świeżości. Niestety nie dopisała ani publika, ani sama grupa, która uplasowała się w naszej opinii w kategorii tych lepiej wypadających w studiu niż na scenie. Aczkolwiek nadal był to nieco ciekawszy koncert niż Loathe. Tutaj pomimo szczerej ciekawości względem nowego materiału zapowiadającego wtedy jeszcze nadchodzące LP “A Stranger to You” coś nie zagrało. Albo chodziło o nasze zmęczenie materiału ujawniające się w niespodziewanych momentach, albo koncert był po prostu nadzwyczaj męczący. Istnieje spora szansa, że chodziło o to pierwsze. Za to jeszcze pełni sił pierwszego dnia świetnie bawiliśmy się w czasie występu The Pretty Reckless. Taylor Momsen i jej piżamowy styl sceniczny oraz zespół, który w tym zestawieniu robi za tło dla wokalistki spisali się na medal. Set okazał się być energetyzującym rockowym chaosem przeplecionym znanymi “Make Me Wanna Die”, “Going to Hell” czy znacznie nowszym “For I Am Death” promującym album “Dear God”.

Wygląda na to, że w tym roku strasznie się czepiamy wykonawców z tej sceny, ale w końcu narzekanie to nasz sport narodowy. Limp Bizkit, to kapela co do której można mieć tylko wielkie oczekiwania. W końcu na scenie działają od ponad trzech dekad i w tym czasie zebrali sporo kontrowersyjnych hitów, które w jakimś stopniu zna każdy z nas. Tymczasem dostaliśmy nieco przydługi pokaz “odegrania” tego co trzeba. Dostaliśmy za tem podwójne wykonanie “Break Stuff”, klasyki czyli “Hot Dog”, “Take a Look Around” oraz najsłynniejszy cover ever czyli “Behind Blue Eyes”. Łącznie 15 utworów, no 16 jeżeli policzyć wspomniany wyżej kawałek razy dwa – liczby spoko, ale beznamiętne wykonanie pozostawiło lekki niesmak. Tym bardziej gdy ktoś ma odniesienie do tego jak koncerty Limp Bizkit wyglądały kiedyś … Jest jednak grupa, która ciągle od lat serwuje nam tak samo dobre show. Mowa oczywiście o Bring Me The Horizon, EVE i ich koncercie, który od conajmniej kilku lat daje ten sam wibe. Cieszymy się, że formuła z “Post Human” im się sprawdza, ale nawet najlepiej odegrana całość setu traci na tym wrażeniu zapętlenia. Co prawda utwory się zmieniają, ba! Wskoczyło nawet niespodziewane “The House of Wolves”, ale i tak kończy się z nieodpartym wrażenie, że już się to widziało. Bo tak było… w 2024 roku gdy również gościli na Rock For People jako headliner czy w Gliwicach rok wcześniej (2023).

Jak się spóźnić to z klasą? Chyba tak… Breaking Benjamin zaczęło od problemów technicznych i to takich które znacznie wydłużyły oczekiwanie na z reguły niedostępną w Europie grupę. Ale skoro już Burnley przypłynął statkiem na stary kontynent, to ten koncert nie mógł się nie odbyć! I faktycznie bo gdy już się zaczęło to przy pierwszych dźwiękach “I Will Not Bow” wypłynęliśmy w kolejną nostalgiczną podróż. Dwanaście utworów jakie zapewniła nam formacja to zdecydowanie za mało, ale był to pełen oddania seans czysto muzyczny. Przez klasyki takie jak “The Diary of Jane” czy “Dear Agony” do kompletnych nowości w postaci “Awaken” i “Something Wicked”. Natomiast jeżeli ktoś liczył na sceniczny chaos w związku z dość energicznymi kawałkami to zdecydowanie się przeliczył. Mimo tego był to jeden z najważniejszych elementów tegorocznej edycji festiwalu. Takim jaśniejszym punktem line-up’u miał być również występ Alter Bridge. Miles i ekipa zmagali się jednak z wiatrem i dźwiękiem, który rozchodził się w niekontrolowanych warunkach.

Na koniec zostały chcielibyśmy wspomnieć o dwóch smaczkach najbliższych naszemu core’owemu odchyleniu czyli A Day To Remember i The Plot In You. Obie amerykańskie formacje na głównej scenie festiwalu to potwierdzenie, że w końcu niszowe gatunki przejmują te wydarzenia. I powiedzmy sobie szczerze robią to … bardzo dobrze! Zaczynając od najbardziej pożądanego producenta ostatnich latach czyli Landon’a Tewers’a i ekipy z The Plot In You. Grupa, która na ostatnich EP-kach zgromadziła tyle hitów, że teraz wydają z tego cały album zagrała skromne jedenaście utworów. Wśród, których można było usłyszeć “Divide”, “Closure”, “Left Behind” czy “Feel Nothing”. Z naszych życzeń pozostaje koncert bez deszczu i usłyszenie “The One You Loved” (albo “Bully” z jeszcze większych staroci).

A Day To Remember z już znacznie dłuższym składającym się z siedemnastu kawałków setem zaprosili na scenę kilkudziesięciu fanów jako tło tego przedsięwzięcia. Obserwowaliśmy walkę o ten zaszczyt czekając na wejście do photo pitu i możemy zdradzić, że walka jak zawsze przy takich akcjach była zacięta. Ale czy warto oglądać swoich idoli od tyłu, przodem do publiki? – kto co woli 😉 Najjaśniejszym punktem całego setu było oczywiście “I’m Made of Wax, Larry, What Are You Made Of?” i zamykające występ “All Signs Point to Lauderdale”. Album “Homesick” to nadal niekwestionowany lider wśród albumów wydanych przez amerykanów. Ale jeżeli jest się wiecznie nieszczęśliwym dzieciakiem z fazą na ADTR to nawet powszechnie nie lubiane “Rescue Me” dało radę. Tymczasem poszukując czegoś dla siebie wśród nowszych kawałków to “All My Friends” pasuje najbardziej klimatem do kapeli, z kolei “Flowers” uznajmy za pomyłkę przy pracy.

Podsumowanie

Podsumowując całe tegoroczne Rock For People, możemy sobie tylko życzyć by za rok spotkała nas lepsza pogoda. Bo to okazało się być w tym roku naszym największym problemem, cała reszta czyli kontrowersyjny stage split, miejsce czy nie do końca trafione trybuny to już tylko drobnostki do skorygowania. Język czeski może i jest śmieszny z perspektywy Polaków, ale bariery słowne nie przeszkadzają w niczym gdy nasi południowi sąsiedzi umieją w festiwale. Do zobaczenia w 2027 roku, pod sceną na Blink-182!

Komentarze: